Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
A jak ma być dobrze skoro nawet posady dla nauczycieli przydziela sie teraz nie w/g kompetencji ale według znajomości i układów, hihihi
Oxford? Byle nie kartuski :P A tak na poważnie, to Adam ma obecnie symptomy tzw. buntu 3-latka. Z tego, co niektórzy mówią, zanim trafi do szkoły, może mieć miejsce totalne zniechęcenie do uczenia się, a nawet zapominanie tego, czego wcześniej dziecko się nauczyło. Mam sporo koleżanek w pracy, więc to nie książkowe informacje :)
Patrząc jeszcze na twoją skromność Japco to nic tylko współczuć temu "cudownemu" dziecku, może od razu do Oxfordu może go wyślijcie skoro aż taki talenciak tu się zmarnuje, hihihi Mielarz, racja dzisiaj rodzice - zazwyczaj gamonie - wmawiają dzieciom , że to nauczyciel jest debil a nie on no i jego rodzice. Z drugiej zaś strony jak wspomniałem wcześniej, obecni nauczyciele to niestety też coraz częściej gamonie z papierkami z tytułem mgr czyli zamiast magistra zazwyczaj "magazyniera" co najwyżej.
Na szczęście mój siostrzeniec Adam jest zainteresowany światem. Ma 2 lata, a już "męczył" otoczenie o "znaczki" na samochodach. Podstawowe marki umie obecnie rozpoznać. O typach nikt mu nie mówi, ale coś mu nie pasowało, że wujka "tulan" ma znaczek "folswagen". "Bembu" drugiego wujka coraz bardziej przypomina "beemwu", ale niejednokrotnie spotkany fiat zostaje "kfiatem". Poza tym siostrzeniec policzy do dziesięciu, a także od dawna jest w stanie wymienić litery alfabetu po angielsku. Ostatnim hitem są flagi państw. W sumie nie mam szans, gdybym wystartował z nim w konkurencji na rozpoznawanie flag. Ratuje mnie to, że ja umiem czytać, a on nie. Jeszcze nie ;) . Siostrzeniec ma ten komfort, że może rozwijać swoje zainteresowania przy pomocy swoich rodziców, dwóch babć, dziadka i wujka. Kilka osób, mających pozytywny na niego wpływ, mógłbym jeszcze wymienić. I teraz zestawmy to z klasą 30-osobową. Taki uczeń ginie w machinie edukacyjnej. Nauczyciel może zwrócić na niego uwagę nawet tylko jeden raz dziennie, lub nawet raz w miesiącu, jeśli uczeń jest ... spokojny. Ciekawe, jak wpłynie na siostrzeńca "kształcenie zbiorowe" oraz potencjalny zły przykład innych dzieci. Zakładam, że to nie on będzie tym, który będzie dawał najgorszy przykład :D Obiektywnie patrząc, przydałyby się jemu młodsi kuzyni i kuzynki. Możliwe, że trochę by ich obecność "dołowała", ale również dawałaby mu możliwość stania się autorytetem dla młodszych, a takie coś na pewno by go mobilizowało do dalszej nauki. Hmm, tyle że żaden jego wujek się nie pali do zmieniania pieluch ;) . Na szczęście ma już małego braciszka :) Na marginesie: gdzie ja bym znalazł kobietę tak mądrą, aby nasze dzieci byłe równie inteligentne jak Adam, a zarazem na tyle niemądrą, aby nie była jeszcze zajęta (żart) :D Pozdrawiam Japco
Jak dla mnie jakosc ksztalcenia tez zalezy od podejscia do nauki. Jezeli dziecko traktuje nauke jako zlo konieczne, to raczej nie wyniesie zbyt wiele ze szkoly. Tutaj przyczyn moze byc kilka: - rodzice uwazaja ze nauczyciele to debile. Jezeli dzieciak slyszy takie opinie, to raczej nie bedzie sluchac tego co ma "debil" do powiedzenia. Np. u mnie w domu, panowalo przekonanie ze mgr jest czesto glupszy od kolesia po zawodówce :P Czyli wyszlo na to ze teraz jestem glupszy od tego co skonczył edukacje na poziomie malarza :P - nienormalne ilosci wiedzy pakowanej w czasie zajec. To juz wina programu. Jezeli dziecko jest mega obciazone na zajeciach, a w domu ma jeszcze zrobic serie zadan domowych, to nic dziwnego ze szybko "odpada" - tablica i kreda i monolog nauczyciela : to bylo dobre, ale pewnie 30 lat temu :P Jedynie dobra rzeczą ktora nauczylem sie ze szkoły jest to, że wiem o tym, iż muszę się uczyć ciagle, do końca życia :P A druga to fakt, że jestem przyzwyczajony do nauki :P
Rzeczywiście. Szkoły wyższe przestałbym finansować. Studenci powinni mieć możliwość wzięcia kredytu na studia, aby samemu te studia finansować. Obecna sytuacja nie jest normalna także w tym przypadku. Poziom studiów padł na pysk, zaś wykładowcy zazwyczaj nie są zainteresowani kształceniem. Dla nich posadka na uczelni jest tylko sposobem na "bycie autorytetem w branży". Poza tym wkur$^$% mnie, gdy słyszę reklamy MENiSW o tym, że po uczelniach technicznych jest robota. Za moich czasów ludzie z mojej branży czekali 2 lata na zatrudnienie. Na początek etat za trochę więcej niż płaca minimalna i robota po około 60 godzin w tygodniu, a tu nie ma ofert.
Jedno dzisiaj jest pewne - coraz większe gamonie są w stanie zrobić " magistra" mając nawet "zaświadczenia" np o dysleksji a potem uczą w szkole samemu nie potrafiąc np poprawnie pisać po polsku czy mówić po polsku. A wszystko to jest robione tylko i wyłącznie po to, żeby "statystycznie" dużo Polaczków legitymowało się "wyższym" wykształceniem. Niestety to pokolenie jest w większości tylko pokoleniem wykształciuchów a nie ludzi wykształconych.
Może masz rację, a może nie. W ubiegłym wieku też nie wszyscy nauczyciele byli idealni. Np. kilka razy mi się zdarzyło, że uważałem, iż nauczycielka matematyki mojego brata źle rozwiązała zadanie... Sam jednak na swoich nauczycieli raczej nie mogę narzekać. Wielu było bardzo zaangażowanych. Napisać, że ponadprzeciętnie byli zaangażowani, to by było mało... Druga strona medalu jest taka, że jednego z nauczycieli rodzice uczniów mojej klasy zniechęcili do wysiłku... Mam wrażenie, że mamy we wszystkich dziedzinach życia pomieszanie socjalizmu z kapitalizmem. W szkolnictwie socjalizm wygląda tak: - przymus szkolny do 18. roku życia, - dzieci są państwowe, więc nie wypada nawet na żadne krzyknąć. Kapitalizm zaś wynika z faktu takiego, że za dzieckiem idą pieniądze. Wynik jaki jest? Dziecko ma siedzieć na lekcjach, najlepiej w 36-osobowej klasie. I wtedy dla szkoły jest największa kasa. Nie można tego dziecka ani wyrzucić, ani ukarać, ani od niego wymagać. Kształcenie to rzecz marginalna w tym systemie nastawionym na zysk. Poza tym w końcu mamy kapitalizm, więc nawet lepiej, że dzieci się niczego w szkole nie nauczą, bo jest szansa, że zapłacą za korepetycje. I jeszcze raz wróciłbym do systemu: za moich czasów wchodziły szeroką ławą zadania testowe na matematyce. Przestawała być ważna ścieżka dochodzenia do wyniku. Ważny był wyłącznie wynik. Dla mnie jest to wypaczenie matematyki. Jeśli chciałbym rozwiązywać schematyczne działania (na zasadzie: co autor miał na myśli), to wszedłbym na stronę MENSA. Tam takie coś pasuje, a nie na lekcjach matematyki. Moim zdaniem nauka powinna być przywilejem, a nie obowiązkiem. Powinno się wprowadzić to, co w USA: możliwość zawieszenia ucznia w jego prawach. Robisz wiochę w klasie, to wypad na kilka dni. Niech rodzice się takim uczniem zajmą. Lepiej jednego idiotę izolować, niż dopuścić do obniżenia poziomu całej klasy. Pozdrawiam Japco
Ja aż tak do końca systemu nie winiłbym. To nie wina systemu ale oszczędności w "samorządach", że klasy są często ponad trzydziestoosobowe, to nie wina systemu i rodziców że coraz więcej w szkołach pracuje nauczycielek, które zrobiły bylejakie studia pedagogiczne a potem po znajomości dostają prace bo np tatuś jest dyrektorem szkoły albo bo mamusia jest radną, hihihi Ogólnie w szkołach jest syf. I to nie tylko w podstawowych czy gimnazjach czy liceach. Poziom np liceum z Klasztornej to jedna wielka porażka. Inny problem to kształcenia na studiach. Tu dla uczelni liczy sie tylko sztuka bo za "sztuką" idzie kasa więc kształci się w Polsce pełno mgr , którzy po szkole nadają się co najwyżej do pasienia krów a nie do uczenia dzieci. Kiedyś mgr znaczyło magister , dzisiaj co najwyżej magazynier, hihihi Nawet nie chce mi sie pisać o szkólnych co to dzieciom piszą z błędami na tablicy czy w zeszytach bo niektórzy z nich maja "papiery" hihihi
radar, stypendia? Na co? Na korepetycje? To może zamknijmy szkoły, skoro de facto obecnie niemal wszystkim uczniom potrzebne są korepetycje? Z tego, co ludzie gadają, to dzieci na początku swojej edukacji najpierw muszą się zajmować głupotami i nie są uczone czytania i pisania, a jak już czytanie i pisanie wchodzi do programu, to jedna nauczycielka obskakuje gromadę dzieci, przez co są niewielkie szanse na to, aby dzieci nauczyły się pisania i czytania w szkole. Następnie, po kilku miesiącach, na wywiadówce rodzice dostają opiernicz za to, że dziecko nie umie pisać i czytać. I to rodzice są winieni, a winien jest system kształcenia!!! Podkreślam: system, nie nauczyciele!!! Pozdrawiam Japco
A twoim zdaniem jest dobrze ? hihihi
Tak to jest jak się nie ma co robić to najlepiej pogadać, ponarzekać, jak to jest źle itd. Może lespiej jest pomóc młodym ludziom prezy pomocy stypendiów?
Oj to ty nie wiesz co się dzieje po gminach, hihihi
Robin zgadzam się s Tobą w 100% , a szczególnie ma to miejsce w placówkach podległych powiatowi.
A jak ma być dobrze skoro nawet posady dla nauczycieli przydziela sie teraz nie w/g kompetencji ale według znajomości i układów, hihih
A jak ma być dobrze skoro nawet posady dla nauczycieli przydziela sie teraz nie w/g kompetencji ale według znajomości i układów, hihihi
Oxford? Byle nie kartuski :P A tak na poważnie, to Adam ma obecnie symptomy tzw. buntu 3-latka. Z tego, co niektórzy mówią, zanim trafi do szkoły, może mieć miejsce totalne zniechęcenie do uczenia się, a nawet zapominanie tego, czego wcześniej dziecko się nauczyło. Mam sporo koleżanek w pracy, więc to nie książkowe informacje :)
Patrząc jeszcze na twoją skromność Japco to nic tylko współczuć temu "cudownemu" dziecku, może od razu do Oxfordu może go wyślijcie skoro aż taki talenciak tu się zmarnuje, hihihi Mielarz, racja dzisiaj rodzice - zazwyczaj gamonie - wmawiają dzieciom , że to nauczyciel jest debil a nie on no i jego rodzice. Z drugiej zaś strony jak wspomniałem wcześniej, obecni nauczyciele to niestety też coraz częściej gamonie z papierkami z tytułem mgr czyli zamiast magistra zazwyczaj "magazyniera" co najwyżej.