Otrzymał telefon z zaproszeniem na pokaz produktów. Za udział w spotkaniu miał za darmo otrzymać ekspres do kawy. Pojechał więc na spotkanie, wrócił nie tylko z ekspresem, ale także "wygranymi" garnkami. Miał tylko chwalić się znajomym i polecać firmę, od której je dostał. Okazało się, że ta "wygrana" słono go kosztowała. Dokładnie ponad 10.900 zł. Sprawą zajęła się kartuska prokuratura.
Organizują pokazy różnych produktów. Prezentują ich walory i rozdają parę kompletów szczęśliwym wybrańcom. Ci, aby stać się posiadaczami drogocennych produktów, muszą tylko podpisać odbiór nagrody. Uradowani wracają do domu. Po jakimś czasie okazuje się, że dokument, który podpisali był umową kredytową. W efekcie popadają w długi...
O takich pokazach słyszał pewnie już każdy. Niemniej nadal nie brak osób, które zwabione otrzymaniem "darmowych" produktów uczestniczą w tego typu spotkaniach. Ostatnio ofiarami takich oszustów padło małżeństwo z powiatu kościerskiego.
- W marcu do mojego męża zadzwoniła pani, aby zaprosić na prezentację produktów, gdzie za darmo miał on otrzymać ekspres do kawy, przekazała numer wejściówki na pokaz, pokaz miał odbyć się w Inkubatorze Przedsiębiorczości w Kartuzach, 11 marca na godz. 10. Mąż powiedział mi o tym spotkaniu, ale miał w tym czasie pilną pracę w polu, poprosił mnie, żebym ja poszła i odebrała ten ekspres. Poszłam na pokaz, było tam trzech mężczyzn, jeden z nich dopytywał się żartobliwie czy mam rentę czy emeryturę, jak podałam numer rezerwacji jednemu z panów, sprawdził na liście i powiedział, że koniecznie musi przyjść mój mąż, nalegał, następny pokaz miał być o godzinie 14. Tam na sali było około 20-25 osób, dużo starsi ode mnie, większość ok. 70 lat. Pojechałam do domu - opowiada pani Aneta.
- Na godzinę 14. wróciłam z mężem. Nie wchodziłam na salę, bo za pierwszym razem mnie nie wpuścili, czekałam w samochodzie. Czekałam 1,5 godziny. Przyszedł mój mąż w towarzystwie dwóch panów. Nie wychodziłam z samochodu. Zwróciłam uwagę męża, żeby podszedł, ale on był zajęty rozmową i odmachnął mi, że mam dać spokój. Mąż otworzył bagażnik. Ci dwaj panowie wypakowali towar z busa i zapakowali do bagażnika i na tylne siedzenie naszego samochodu. Mąż sprawdził, co zapakowano, ale nie było garnków. Razem się cofnęliśmy do tych panów, podeszliśmy do busa, poprosił o te garnki, a panowie twierdzili, że zapomnieli i je dali.Jak wróciliśmy do domu mąż pokazał mi umowę, którą podpisał. Mąż mówił, że wszystko dostał za darmo, tylko za to, że ma się chwalić znajomym i polecać tą firmę - kontynuuje.
Pani Aneta nie rozumiała tego, co jest napisane w umowie. Zauważyła jednak, że musi zapłacić 10.900 zł. Sprawdziła w internecie, ile kosztują produkty, jakie otrzymał jej mąż. Łącznie były warte 4.352 zł.
- Nie pozwoliłam na rozpakowanie produktów, żeby je zwrócić. Zapytałam męża, czy wie co jest w umowie. On nie widział. Mówił, że kazali mu podpisać, nie dali czasu, żeby przeczytał. Poganiali go, szybko, bo inni czekają. Mój mąż ma wykształcenie podstawowe i kurs rolniczy, słabo czyta, do tego niedowidzi i nie wie co jest na umowie - bo nie był w stanie przeczytać.Po kilku dniach zadzwoniłam do pana Marcina - tego którego numer jest na umowie, i powiedziałam, że chcemy zwrócić ten towar. On powiedział, że nie można odesłać towaru, bo jest pandemia, i że jak ja odeślę im towar, to oni mogą się zarazić COVIDEM. Powiedział, że jest za późno na zwrócenie produktów - przyznaje mieszkanka powiatu kościerskiego.
Pani Aneta zwróciła się o pomoc do dziennikarza portalu Kościerski.info Bartosza Kitowskiego. Przygotował dla jej męża pismo - odstąpienie od umowy sprzedaży.
- Wysłałam to pismo do firmy i kopię do banku. Wysłałam je listem poleconym. Odesłałam też towary sześciu paczek. Musiałam zapłacić 160 zł. Po kilku dniach do mojego męża dzwonił pan Marcin z tej firmy, mówił, że muszą odesłać paczki z powrotem i mąż ma je odebrać. Mój mąż powiedział, że nie chce i się rozłączył. Od tego momentu zablokowałam numer tego pana Marcina u męża w telefonie i w moim.Mąż otrzymał z banku najpierw harmonogram spłaty pożyczki, a potem wezwanie do zapłaty. Zadzwonili do mojego męża z banku, że ma do zapłaty. Ja oddzwoniłam do banku, tam powiedziałam, że było odstąpienie od umowy wysłane mailem i pocztą tradycyjną do banku - zaznacza nasza Czytelniczka.
Pani z windykacji powiedziała mi, że mój mąż ma wyjaśniać sprawę z firmą, która mu sprzedała, żeby zwrócili pieniądze bankowi.Od samego początku oszukiwali mojego męża, najpierw obiecali mu za darmo towar, potem oszukali, że musi zapłacić, a teraz chcą pieniądze, pomimo tego, że oddałam towar. Ja też jestem pokrzywdzona, bo muszę płacić - podsumowuje pani Aneta.
W tej sprawie pod koniec maja Bartosz Kitowski złożył do Prokuratury Rejonowej w Kartuzach zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.
- Prokurator uznając, że są podstawy do wszczęcia postępowania 2 czerwca br. wydał Komendzie Powiatowej Policji w Kartuzach szczegółowe wytyczne, polecając między innymi wszczęcie dochodzenia - informuje prokurator Marek Kopczyński, Prokurator Rejonowy w Kartuzach.
Do sprawy będziemy wracać.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze