Reklama

Jest raport końcowy ws. katastrofy śmigłowca w Wygoninie

Utrata kontroli nad śmigłowcem podczas lotu w warunkach braku wystarczającej widoczności z powodu dezorientacji przestrzennej pilota, co doprowadziło do zderzenia z ziemią - to zdaniem Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych główna przyczyna katastrofy śmigłowca, do której doszło we wrześniu ubiegłego roku w Wygoninie.

Okolicznościami sprzyjającymi zaistnieniu tej tragedii były z kolei podjęcie decyzji o locie w warunkach atmosferycznych nie gwarantujących jego wykonania, niepodjęcie decyzji przez pilota o przerwaniu lotu niezwłocznie po starcie i powrocie na lądowisko lub lądowaniu zapobiegawczemu przed wejściem w trudne warunki atmosferyczne oraz brak doświadczenia pilota w wykonywaniu lotów według przyrządów.

Przypomnijmy, że na pokładzie maszyny, która wystartowała w Borczu, znajdowały się trzy osoby. Katastrofy nikt nie przeżył. Wśród ofiar znalazł się znany kaszubski biznesmen i mąż posłanki Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk - Krzysztof Mielewczyk. Pozostałe osoby to partner biznesowy przedsiębiorcy i zawodowy pilot.

Było ostrzeżenie
13 września Krzysztof Mielewczyk zaplanował lot w celach biznesowych z miejscowości Borcz, gdzie bazował śmigłowiec, w rejon Kotliny Kłodzkiej. Dzień wcześniej 64-letni pilot wykonywał lot do Pucka i po wysadzeniu pasażera wrócił do Borcza. Jeszcze w tym samym dniu, w umówionym czasie miał wrócić po pasażera, ale pogoda wyraźnie się pogorszyła. Telefonicznie skontaktował się ze swoim kolegą, bardzo doświadczonym pilotem śmigłowcowym, prosząc o analizę pogody w rejonie Borcz-Puck-Gdynia.

Podczas około czterominutowej rozmowy kolega poradził pilotowi, aby ze względu na pogarszające się warunki pogodowe poinformował dysponenta o braku możliwości wykonania lotu do godzin około południowych dnia następnego. W tym dniu około godziny 21.40 pilot kontaktował się również z członkiem swojej rodziny, z relacji którego wynika, że był on zaniepokojony pogarszającymi się prognozami pogodowymi, w których będzie w dniu jutrzejszym musiał lecieć aż za Wrocław.

"Gdyby to ode mnie zależało, to na pewno bym nie leciał"
W dniu katastrofy pilot przed wyjazdem z miejsca zamieszkania na pytanie członka rodziny, czy musi lecieć w taką brzydką pogodę odpowiedział, że gdyby to od niego zależało to na pewno nie.

Fatalne warunki atmosferyczne
O godzinie 9.17 pilot telefonicznie skontaktował się z Biurem Meteorologicznym lotniska, gdzie uzyskał informację o aktualnych warunkach atmosferycznych. Mimo niekorzystnych prognoz (widzialność 3000 m, zamglenie, pełne pokrycie nieba przez chmury o podstawie 100 m) i przestrogi doświadczonego kolegi (pilota śmigłowcowego), pilot nie czekał na poprawę pogody i zdecydował się na wykonanie zadania zgodnie z poleceniem dysponenta.

Zgodnie z zapisem urządzenia zabudowanego na śmigłowcu, o godzinie 9.20 pilot włączył zasilanie energią elektryczną. Start z lądowiska w Borczu nastąpił o godzinie 9.36.

Według zeznań świadka obserwującego start, śmigłowiec po oderwaniu się od ziemi wykonał podlot w kierunku północnej części lądowiska, a następnie rozpędził się z wpływem ziemi i przeszedł na wznoszenie odlatując w kierunku Kościerzyny. Świadek zeznał, że pilot niejednokrotnie startował w ten sposób, tzn. z płaszczyzny postojowej wykonywał lot po łuku nad polanę, tam przysiadał, a następnie rozpędzał śmigłowiec nad ziemią i przechodził na wznoszenie. Według oceny świadka silnik śmigłowca podczas startu pracował normalnie.

Świadek nie potrafił dokładnie ocenić wysokości, na jaką wzniósł się śmigłowiec po starcie, ale twierdzi, że widział go nad hangarem i znajdującymi się za nim drzewami i wraz z oddalaniem się śmigłowca zaczął go tracić z pola widzenia.

O godzinie 9.44 (według zapisu korespondencji radiowej) pilot nawiązał łączność z sektorem FIS Gdańsk, podając trasę lotu, wysokość i czas startu. Na pytanie Informatora FIS o pogodę po trasie, pilot potwierdził, że warunki nie są korzystne.

Na niecałą minutę przed zderzeniem z ziemią śmigłowiec był na wysokości ok. 600 metrów.

"Runął na ziemię i stanął w ogniu"
O godzinie 9.50 śmigłowiec zderzył się ziemią przy prędkości postępowej szacowanej na około 100 km/h (ok. 28m/s) w położeniu zbliżonym do horyzontalnego, co może świadczyć, że pilot w ostatniej fazie lotu próbował odzyskać kontrolę nad śmigłowcem, lecz ze względu na znaczną prędkość opadania i prędkość postępową oraz niewielką "dostępną wysokość" poniżej podstawy chmur około 30 m, próba okazała się bezskuteczna.

"W trakcie rozpadu kadłuba oba zbiorniki paliwa (główny i pomocniczy) uległy uszkodzeniu wskutek gwałtownego kontaktu z elementami kratownicy kadłuba i zostały wyrwane z konstrukcji. Wewnętrzny płaszcz neoprenowy głównego zbiornika paliwa uległ przebiciu i nastąpił znaczny wyciek paliwa, w następstwie którego doszło do pożaru."

Pilot bez przeszkolenia i okularów
Na podstawie dokumentacji osobistej pilota komisja stwierdziła, iż nie był on wyszkolony do lotów w warunkach IMC (bez wystarczającej widoczności), a tym bardziej nie wykonywał lotów w treningu ciągłym i nie posiadał stosownych umiejętności do pilotowania śmigłowca wg przyrządów zastępczych na wypadek uszkodzenia na przykład sztucznego horyzontu. Tego dnia pilot wykonywał lot bez okularów, chociaż miał taki obowiązek (wymóg posiadania okularów korekcyjnych oraz zapasowej pary wpisane w aktualnym orzeczeniu lotniczo-lekarskim), a przez dalekowzroczność powinien używać szkieł korekcyjnych do bliży. Na miejscu wypadku nie znaleziono również okularów zastępczych, które powinny być w zasięgu pilota.

Maszyna sprawna
Zdaniem PKBWL śmigłowiec był sprawny. Z przeprowadzonych badań i ekspertyz wynika, że maszyna nie zawierała żadnej usterki technicznej, która mogła przyczynić się do tej katastrofy.

Z pełną treścią raportu końcowego można zapoznać się tutaj.

Anna Lehmann
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    mischa - niezalogowany 2014-08-19 07:35:46

    Jestem wrażliwy na to słowo, bo za dużo go w przestrzeni. Nie mniej coś w tym jest. Takie rzeczy dzieją się, gdy ktoś myśli, że ma taką władzę, że ulegną mu pogoda i prawa fizyki. Ludzie to taki dziwny gatunek, który bardziej boi się kogoś urazić niż stracić życie. Wystarczyło zachować zimną krew i odmówić lotu. Miał do tego różnorakie podstawy a jednak poleciał, bo bał się stracić pracę/parę złotych/urazić biznesmena. Ludzie! Nie dajcie sobą pomiatać jak szmatą! Wtedy świat się trochę zmieni.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    RobinHut - niezalogowany 2014-08-18 18:26:11

    Czyli mamy Smoleńsk część II.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Koscierski.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości