Reklama

Woda nie wybacza. Pięć służb i pięciu topielców. Nurkowie o tragicznym sierpniu nad wodą

Wakacje dobiegają końca. I niestety przejdą one do historii jako jedne z najtragiczniejszych ostatnich lat. Szczególnie w sierpniu żywioł wody okazał się bezlitosny dla wypoczywających nad kaszubskimi akwenami. Podczas minionych pięciu służb, kościerscy nurkowie aż pięciokrotnie wyciągali z wody topielca.

W województwie pomorskim działają trzy Specjalistyczne Grupy Ratownictwa Wodno-Nurkowego: w Gdańsku, Ustce i Kościerzynie. Kościerska ekipa jest najmłodszą, ale też najskuteczniejszą. Obecnie liczy 18 nurków z uprawnieniami państwowymi.

- Pod względem liczby interwencji i wyłowionych topielców, przodujemy w statystykach. Codziennie co najmniej dwóch nurków jest na służbie. Jest to grupa, która wyjeżdża alarmowo, tak jak do pożaru – podkreśla st. bryg. Tomasz Klinkosz, Komendant Powiatowy PSP w Kościerzynie.

Reklama

Pierwsze półrocze 2022 roku jest niezwykle pracowite dla kościerskich nurków. Interweniowali już łącznie 25 razy.

- W tym roku nasza grupa wyjeżdżała 20 razy poza teren powiatu oraz podejmowała pięć działań na wodzie w naszym powiecie. Szukaliśmy osób z sonarem. Bardzo często udawaliśmy się do Jastarni, gdzie trwały poszukiwania 17-letniego chłopaka. Szukaliśmy też onkologa w Gdańsku, którego ciało ostatecznie wypłynęło na plażę w Kłajpedzie na Litwie – podaje mł. kpt. Mateusz Szmaglik, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej PSP w Kościerzynie.

Reklama

Żywioł wody szczególnie bezlitosny dla wypoczywających nad akwenami okazał się w sierpniu. W tym miesiącu kościerscy nurkowie interweniowali już aż 11!. Co więcej, jedna ze zmian, podczas ostatnich pięciu służb pięciokrotnie wyciągała z wody topielca!

Szósty zmysł. Połączenie doświadczenia z intuicją

Przy wszystkich pięciu interweniował st. ogn. Marek Wacholc.

- Marek jest najstarszym nurkiem w grupie i posiada najwyższe uprawnienia. Posiada uprawnienia nie tylko do prowadzenia działań pod wodą, ale też do kierowania działaniami. Nie jest to proste, bo na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za nurków pozostających pod wodą. Musi zaplanować działania. Nie jest to łatwe. Marek posiada najlepszą statystykę. Znalazł najwięcej topielców w historii grupy – podkreśla st. bryg. Tomasz Klinkosz.

Reklama
Tomasz KlinkoszTomasz Klinkosz

- Marek ma niezwykłą intuicję, co jest niezwykle ważne przy działaniach. Kilka razy zdarzyło się tak, że Marek obrał kierunek poszukiwań i trafił w samo sedno. Posiada szósty zmysł. Pamiętam akcję w Barkoczynie. Była to moja z pierwszych akcji. Marek wskazał kierunek poszukiwań inny niż wszyscy by się spodziewali. I miał rację. Zaimponował mi tym – wspomina mł. ogn. Błażej Głodowski.

- Wszyscy dostajemy takie same informacje i tak naprawdę każdy może wskazać inne miejsce poszukiwań. I bardzo często się zdarza tak, że to Marka wskazania są trafne – dodaje mł. kpt. Paweł Gostomski.

Reklama
- Ważne jest doświadczenie. Podczas ostatnich poszukiwań na jeziorze Wdzydze nie mogliśmy zlokalizować ciała sonarem, więc z doświadczenia wiedzieliśmy, że ciało musiało znajdować się gdzieś przy brzegu, w zaroślach. Była określona bojka, gdzie wywróciła się łódka. Należało już tylko wytypować kierunek, w którym mogło przemieścić się ciało. I udało się je zlokalizować – przyznaje st. ogn. Marek Wacholc.
Marek WacholcMarek Wacholc

Podczas akcji ratowniczej można więcej...

- Nasza grupa ma dość wysoką skuteczność. Średni czas znalezienia osoby znajdującej się pod wodą waha się od 15 minut do dwóch, trzech godzin od momentu przyjazdu grupy na miejsce zdarzenia. Są też takie sytuacje, jak w minionym tygodniu, kiedy wyłowiono ciało dopiero następnego dnia. W tym przypadku nasza grupa prowadziła działania w Malborku. Do nas przyjechał Gdańsk – mówi st. bryg. Tomasz Klinkosz.

Reklama

- Przez pierwsze dwie godziny od zgłoszenia działamy w tzw. trybie ratowniczym. W tym czasie jest potencjalna szansa na uratowanie życia. Po dwóch godzinach następuje zmiana kwalifikacji i działania ratownicze przechodzą w tryb poszukiwawczy. Przy działaniach ratowniczych można pozwolić sobie na więcej. Przy poszukiwaniach musi być kierownik prac podwodnych i działania muszą być planowane. Takie działania były prowadzone drugiego – dodaje.

Od czego zależy długość poszukiwań?

- Od doświadczenia, rodzaju akwenu, informacji od świadków. Czasami nurkowie spotykają się z sytuacją, kiedy miejsce wskazane jest dokładnie. Wówczas ciało bardzo szybko jest wyławiane. Czasami jest tak, jak w Załakowie, że nasi nurkowie posiłkują się monitoringiem. Ekipa przygotowywała się do zejścia pod wodę, a jeden z naszych nurków przeglądał monitoring i wskazanie było bardzo dokładne. Marek zszedł i szybko wyciągnął topielca. Czasami jednak wskazania polegają na machnięciu ręką. Machnięcie ręki według świadka jest dobrym wskazaniem, a dla nas jest to obszar nawet kilku hektarów. Gdybyśmy chcieli przeszukać taki obszar, zajęłoby to nam kilka dni. I w Polsce są takie poszukiwania – opowiada Komendant Powiatowy PSP w Kościerzynie.

Reklama

- Mieliśmy taką sytuację także w naszym powiecie. We Wdzydzach przez osiem lat poszukiwano topielca – uzupełnia st. ogn. Marek Wacholc.

Machnięcie ręką i pływająca łódka

- Podstawą jest informacja od świadków. Jeśli są dokładne, to znacząco zawęża nam to pole poszukiwań. Bardzo często wskazywane nam są dokładne miejsce, gdzie utopiła się dana osoba. Ważne są więc doświadczenie i informacje zdobyte od świadków – podkreśla mł. kpt. Paweł Gostomski.

- Ważny jest sposób przeprowadzenia wywiadu. Kim była dana osoba. Czy potrafiła pływać? Czy była ryzykantem? Jeśli osoba słabo pływała, to najpewniej straciła grunt pod nogami i utonęła, a więc przeszukujemy miejsce, w którym tonęła. Była sytuacja, że dwie osoby założyły się, że przepłyną jezioro. Umiały pływać, więc obraliśmy kierunek najbliższej trasy do brzegu. I był to słuszny kierunek – dodaje st. bryg. Tomasz Klinkosz.

Reklama

- Rozbieżność informacji od świadków jest najgorsza. Sytuacja z ostatniego miesiąca w powiecie lęborskim. Jeden ze świadków wskazywał na drogą stronę jeziora. A okazało się, że osoba utonęła przy tym brzegu, przy którym się znajdowaliśmy. Bez doświadczenia trudno określić odległość. Na dużym akwenie delikatne przesunięcie dłonią, to obszar kilkudziesięciu metrów – akcentuje ogn. Jan Hiller.

- Najczęściej jest tak, że jedna osoba dopływa do brzegu i dopiero patrzy, gdzie jest druga osoba. Świadkom trudno określić odległość i miejsce. Należy znaleźć punkt odniesienia – słup, drzewo. I nie może być to pływająca łódka – zaznacza st. ogn. Marek Wacholc.

Reklama

- Chociażby w Załakowie. Było multum świadków zdarzenia. Wskazywali całkiem inne miejsce. Mówili, że było to przy pomoście, a było to 20-30 metrów dalej. I też przeglądali monitoring – dodaje mł. ogn. Błażej Głodowski.

Twarzą w twarz z topielcem

- Jestem nurkiem od 2009 roku. Wszystkie akcje są trudne. Są to działania w innym środowisku, przy praktycznie znikomej widoczności. Czasami pole widzenia ogranicza się do kilkunastu centymetrów. Często jest tak, że nurek zamiast zauważyć ciało, napływa na nie. Interweniujemy nie tylko latem. Zimą często musimy nurkować pod taflę lodu. Te akcje są trudniejsze, bo przestrzeń u góry jest zamknięta. Mamy do dyspozycji tylko przerębel – zaznacza st. ogn. Marek Wacholc.

Reklama

- Ludziom nurkowanie kojarzy się z czymś przyjemnym. Z Egiptem, Turcją, rafą koralową, basenem. Widocznością na odległość kilkudziesięciu metrów. A tutaj nurkowie rzadko kiedy nurkują w wodach, gdzie przejrzystość jest większa niż metr – dodaje st. bryg. Tomasz Klinkosz.

- W powiecie kartuskim mieliśmy taką sytuację, że nurek hobbystycznie schodził do wody i zauważył topielca, który utopił się kilka miesięcy wcześniej. Było to traumatyczne przeżycie, bo ciało przebywające w wodzie niemal rok, jest już rozkładające. Próbowałem złapać ciało, a ciało było już na tyle rozłożone, że rozpadało się – wspomina mł. kpt. Paweł Gostomski.

Reklama

- Czasami interwencje dotyczą dzieci, a akcje z dziećmi nigdy nie należą do przyjemnych. A dosyć często tak się zdarza – podkreśla Daniel Wyka.

- Do trudnych przeżyć należą też reakcje świadków, rodziny, gdy nie jesteśmy już w stanie uratować tonącej osoby. Ten lament jest najgorszy – dodaje mł. ogn. Błażej Głodowski.

- Ale jest też tak, że jak akcje poszukiwawcze trwają bardzo długo, to odnalezienie ciała jest ulgą dla rodziny - uzupełnia st. bryg. Tomasz Klinkosz.

Nurkowie nurkują, a „topielcy” w domu

Często zdarza się też tak, że nurkowie prowadzą akcje ratownicze, potem poszukiwawcze, a potencjalni poszkodowani wygrzewają się w domu.

- Takie akcje zdarzają się często. Raz wędkarz pozostawił sprzęt, krzesełko i poszedł do domu. Ślady wskazywały na to, że wpadł do wody. I tak było, ale wydostał się z przerębla i poszedł do domu się przebrać i ogrzać – opowiada st. ogn. Marek Wacholc.

- Mieliśmy też taką sytuację, że poszukiwaliśmy wędkarza pod wodą. W trakcie działań podjechał samochód. Leśniczy przywiózł osobę poszukiwaną – już ogrzaną w domu – dodaje mł. ogn. Błażej Głodowski.

- Czasami taka osoba przychodzi, bo widzi, że jest tyle straży i pyta, co się dzieje. A właśnie jej szukaliśmy – uzupełnia ogn. Jan Hiller.

Szukają nie tylko ludzi, ale też pojazdy, narkotyki, broń...

Nurkowie nie tylko wzywani są do tonących osób. Wyciągają z akwenów także łódki, pojazdy, rowerki wodne.

- Jesteśmy także wzywani przez policję do poszukiwań dowodów rzeczowych. Poszukiwaliśmy już telefon wrzucony do Motławy, narkotyków czy broni wyrzuconej do jeziora – przyznaje mł. ogn. Błażej Głodowski.

Bezpieczeństwo przede wszystkim! Woda nie wybacza błędów!

Kościerscy nurkowie dwa razy do roku uczestniczą w obozie nad jeziorem Wdzydzkim. Dodatkowo mają zajęcia na basenie. Współpracują też z Marynarką Wojenną w Gdyni, głównie w zakresie obsługi sonaru.

Podczas akcji ratowniczych i poszukiwawczych nad ich bezpieczeństwem czuwa ratownik medyczny.

- Staramy się, o ile jest ratownik medyczny na służbie, by pojechał z nurkami do zabezpieczenia działań nurkowych. W każdej grupie specjalistycznej wszystkie działania i ćwiczenia powinny być zabezpieczane przez ratownika medycznego PSP ze sprzętem, jaki jest potrzebny do wykonywania medycznych czynności ratunkowych. Jeżeli osoba zostanie wyłowiona spod wody, a na miejscu jest ratownik medyczny, to do czasu przyjazdu ZRM może on prowadzić medyczne czynności ratunkowe – podkreśla Daniel Wyka, Powiatowy Koordynator Ratownictwa Medycznego PSP w Kościerzynie.

- Jeżeli u nas na służbie nie ma ratownika medycznego, to na miejsce prowadzonych działań powinien dojechać ratownik medyczny z danej jednostki ratowniczo-gaśniczej, gdzie to zdarzenie ma miejsce. Staramy się zabezpieczać medycznie naszych nurków. Doświadczyliśmy już akcji ratowniczej nurka i wiemy, jak to przebiega. Udzielaliśmy pomocy nurkowi. Ze względu na patofizjologię nurkowania taka akcja ratownicza jest o wiele bardziej trudniejsza od innych akcji. Takie akcje zdecydowanie nie należą do łatwych – kontynuuje.

Jak dodaje, kościerscy nurkowie brali udział w konferencji medycyny nurkowej w Jastrzębiej Górze. Mają też wsparcie na co dzień dr Morawca, który zajmuje się medycyną nurkową i dyżuruje w Kartuzach i Kościerzynie. 

O bezpieczeństwo dbają nie tylko podczas służby, ale też prywatnie.

- Chociaż potencjalnie umiemy bardzo dobrze pływać, to zawsze zakładamy kapoki. Każdy pływa w kapoku z bojką. Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, aby mój kolega z pracy pływał bez kapoka. Woda nie wybacza błędów – podsumowuje mł. ogn. Błażej Głodowski.

 

*Statystyki przytoczone w materiale uległy zmianie. W sobotni wieczór nad jeziorem Świętym w Załakowie doszło do kolejnej tragedii. W akwenie utonęła 11-letnia dziewczynka

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Koscierski.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości