Reklama

Święta Bożego Narodzenia z tradycyjnymi potrawami, prezentami i śpiewaniem kolęd

W zgiełku i gorączce przedświątecznych zakupów oraz przygotowań przeróżnych smakowitości na bożonarodzeniowy stół trudno znaleźć trochę czasu na spotkania. A jednak się udało. Jeszcze przed rozpoczęciem świętowania spotkaliśmy się z członkami chóru Strzelenka i paniami z KGW w Tuchomiu. Był czas na wspominanie dawnych i tych najbliższych świąt Bożego Narodzenia. W roli głównej podczas rozmowy były prezenty, zwłaszcza te otrzymywane w dzieciństwie.

Elżbieta Manteuffel świetnie pamięta, że w czasach jej dzieciństwa na świątecznym drzewku były zwykłe świeczki, a na gałązkach nakładało się watę. Ją, siostrę i brata coś podkusiło, żeby.... ją spalić. Usłyszeli tylko syk i było po wacie. Babcia zorientowała się, co się stało i zadała im pytanie: - A gdzie jest wata? Tak przekonująco mijali się z prawdą, że babcia zaczęła wątpić, czy przypadkiem racji nie mają jej wnuki. 

Czasy były ciężkie. Pani Elżbieta i jej rodzeństwo cieszyło się, gdy dostali jabłko i trochę cukierków w woreczku. W prezencie była też gra w chińczyka, która była podarunkiem dla całej trójki.

Reklama

Pamięta też, gdy jej kierowniczka sprezentowała bombki – lampki w kształcie dzwonków. Te były już elektryczne. Bardzo się cieszyła z tego prezentu, ale nie miała choinki. Następnego dnia, gdy przyszła do pracy, szefowa wręczyła jej przepiękną choinkę. 

Gdy miała już własne dzieci, prezenty kupowała wiele wcześniej i to - jak nazwała - ze „specjalnego funduszu” . Były to m. in. klocki lego i puzzle.  W porównaniu z tamtymi czasami, to teraz dzieci otrzymują „wypasione” prezenty. Uważa, że niekiedy aż do przesady. 

Reklama

- Jeżeli chodzi o świąteczne jedzenie, to przygotowuję te, które robiła moja babcia i mama, a niektóre trochę modernizuje. Do bożonarodzeniowej tradycji należy kaczka i gęś. Rodzinne święta będą u mnie. Mama na pewno przygotuje barszczyk z uszkami – powiedziała  Elżbieta Manteuffel.   

– Siedemdziesiąte lata, to były ciężkie lata. Prezenty, które nasza mama kupowała, to były bardzo pożyteczne rzeczy – czapka, skarpetki, buty. Moja babcia, która była jednocześnie moja chrzestną matką, zrobiła mi na drutach dłuższe skarpety, czyli getry z frędzelkami.  W przedszkolu koleżanki mi zazdrościły. Dostaliśmy warcaby, ale one były dla całej rodziny. W tamtych czasach nie było takich nowoczesnych zabawek jak teraz – wspomina Dorota Hoppa. 

Reklama

O choinkę dbał ojciec. Zawsze rano w Wigilię przynosił ją z lasu. Do tej pory jej rodzina zawsze ma świeżą choinkę. W tym roku zajmie się tym mąż pani Doroty. Córkom zawsze kupowała takie prezenty, by były one zabawne, ale jednocześnie pouczające, czyli gry, książki czy liczydło.

Danuta i Stefan Plichtowie oboje należą do chóru Strzelenka, więc jest pewne, że kolędy będą gościć w ich domu. Urodzili się już po wojnie i to był okres, gdy było bardzo ciężko. Pani Danuta jako dziecko tego jednak nie odczuła, gdyż jej ojciec w Wigilię jeździł do Grudziądza i wracał zawsze z dużym workiem, w którym były słodycze, ciasteczka lub pomarańcze. Radość byłą wielka, bo na co dzień tego nie było. Choinka zawsze byłą żywa, zresztą sztucznych wtedy nie było. 

Reklama

- W latach 70. i 80. mąż pracował w Warsie. Jeździł po Polsce i za granicę, więc tam kupował to, czego w naszych sklepach nie było. Dzięki temu nie mieliśmy tak źle. Moim wnukom na święta dajemy pieniądze, bo jak uzbierają większą kwotę, kupują to co im potrzebne – stwierdziła Danuta Plichta.

Święta spędzą u swoich dzieci i wnuków. Na długo przed Bożym Narodzeniem rodzina zamówiła u niej piernik, który pani Danuta piecze od lat. Cała rodzina uważa, że bez niego nie ma prawdziwych świąt.

Halina Kujawska z Banina chociaż minęło wiele lat, ciągle wspomina wyjątkową dla niej Wigilię. Był stan wojenny. W szkole w Baninie, gdzie mieszka, stacjonowało wówczas wojsko. We wsi stały czołgi. 

Reklama

- W kościele była paterka. Ksiądz powiedział, kto może niech weźmie żołnierzy do siebie na Wigilię. Nasza rodzina była liczna. Rodzice i sześcioro rodzeństwa. Zawsze byliśmy gościnni, więc przyjęliśmy pod swój dach 10 żołnierzy. Wszyscy się zmieściliśmy. Oni przynieśli paczki, które dostali. Było fajnie. Mogłam się z bliska przyjrzeć ich pistoletom. Myśmy ich podrywały, a nas dziewcząt było pięć. Nie tylko my przyjęliśmy ich na Wigilię. Na naszym osiedlu było więcej takich gościnnych domów - powiedziała Halina Kujawska. 

– W mojej pamięci z dzieciństwa pozostały zapachy pomarańczy. Dzisiaj są one dostępne przez cały rok, ale wtedy były one w sklepach raz do roku i jeszcze ciężko było je dostać. Ja miałam chody u ekspedientki w jednym ze sklepów w Gdańsku. Pomimo tego, że miałam zaledwie 5 lat, mama pozwalała mi robić zakupy. Do domu przynosiłam całą siatkę pomarańczy – przypomina sobie Ewa Grot . 

Reklama

- W latach 70. i 80. w prezencie dostawaliśmy zazwyczaj książki. Jako nastolatka przyjeżdżałam do Tuchomia na Wigilię do babci. Najgorsze było oczekiwanie na gwiżdże. Gdy tylko słyszeliśmy krzyki i piski, to chowaliśmy się wszędzie, gdzie tylko można było. Towarzyszyły nam duże emocje - dodała. 

Małgorzata Stanecka – Siewert jako dziecko spędzała święta u babci w Gdyni. Babcia było tą osobą, która chciała mieć rodzinę przy sobie i przez długie lata robiła Wigilię w swoim domu. Babcia dawała prezenty praktyczne, w większości były to ciepłe rajstopy. Bardziej niż prezenty u babci pamięta gwiazdora, którego rozszyfrowała po latach, a był to jej dziadek. Z prezentami przychodził  po wieczerzy wigilijnej. Bardzo się gwiazdora bała. 

Reklama

- Z prezentów najbardziej pamiętam prezenty od taty, może dlatego, że był sporadycznie na święta, bo pływał.  Podczas zakupów wypatrzyłam sobie bombkę i dostałam ją później pod choinkę. Ta bombka zbiła się pięć lat temu. Było mi wyjątkowo przykro, ale cóż była już bardzo zwichrowana. Drugim prezentem, który pamiętam, była kolorowa pachnąca gumka do mazania. Dzisiaj może się wydawać śmiesznie, bo teraz dostaje się zupełnie inne prezenty. Niestety gumka wypadła mi z plecaka. Od tej pory nie wynoszę z domu cennych dla mnie rzeczy – wspomina Małgorzata Stanecka – Siewert. 

- Z dzieciństwa pamiętam, że ktoś dostał w prezencie konia na biegunach. Usiadłam na niego i byłam ciekawa co jest w środku. Żeby to sprawdzić zaczęłam mu nożem ciąć głowę, a z niej poleciały trociny. Trochę na mnie pokrzyczeli i na tym się skończyło. Gdy były czekolady na kartki, mama chowała je do szafy, a ja z moim siostrzeńcem zjedliśmy je, ale zostawiliśmy dobrze poukładane opakowania – przyznała się Barbara Klawikowska.  

Reklama

W tym roku cała rodzina przyjeżdża do niej. Wigilia będzie składkowa, więc każdy przynosi jakąś potrawę. Zasiądą przy suto zastawionych stolach i będą śpiewać kolędy. Nie zabraknie też prezentów dla wszystkich. 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Koscierski.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości