Swoje ofiary łowił w autobusach, czy pociągach. Zabił dziewięć kobiet, jedenaście ranił. Najmłodsza ofiara miała 18 lat, najstarsza 35. Po raz pierwszy zabił w Niestępowie. W sierpniu minęło 37 lat od wyroku śmierci wobec Skorpiona z Pomorza. Urodzony w gminie Stara Kiszewa Paweł Tuchlin był jednym z ostatnich w Polsce, na którym wykonano karę śmierci.
Paweł Tuchlin urodził się 28 kwietnia 1946 roku w Górze (gm. Stara Kiszewa). Był synem Bernarda, nadużywającego alkoholu rolnika i Moniki z domu Weier. Urodził się jako ósme dziecko spośród jedenaściorga rodzeństwa. Przez oboje rodziców był surowo traktowany. Moczył się jeszcze jako nastolatek, o czym wiedzieli wszyscy mieszkańcy wsi.
Moja choroba polegała na tym, że moczyłem się w nocy podczas snu. A jedynym wtedy dostępnym lekarstwem dla mnie w domu była „pyda”, splot rzemieni. Gdy się rano wstawało, to matka albo ojciec sprawdzali moje łóżko. Kiedy było mokre, to dostawało się porcje pydą „lekarstwa”. Następnego dnia scena ta się powtarzała, bo ojciec był zdania, że ja leję w łóżko złośliwie lub też z lenistwa – zeznawał w sądzie Paweł Tuchlin.
Reklama
Służbę wojskową zakończył po kilku miesiącach, gdyż okazało się, że ma uszkodzony słuch. Z rodzinnej miejscowości wyprowadził się do Gdańska. Był kierowcą. Ożenił się. Był notowany za drobne kradzieże. W okresie od 20 grudnia 1976 roku do 28 czerwca 1979 roku odbywał wyrok. Rozwiódł się, a następnie ponownie ożenił z Reginą. Miał dwoje dzieci.
Przez sąsiadów był opisywany jako spokojny, stabilny, zaradny, troszczący się o rodzinę. Nigdy nie odmówił pomocy. Był zamknięty w sobie. Miał problemy z pohamowaniem popędu płciowego. Uprawiał ekshibicjonizm.
Był piątek, 7 listopada 1979 roku. Dwudziestoletnia Irena Hinz od trzech lat pracowała jako salowa na oddziale zakaźnym Akademii Medycznej w Gdańsku. Po pracy nie lubiła wracać samotnie do swojego pustego domu na wiosce. Tego dnia umówiła się z kuzynką Ewą. Wracały razem autobusem do Leźna. Tam wstąpiły do kawiarni. Były jednak zaczepiane przez przebywających w klubie robotników. Postanowiły więc wracać do domu, do Niestępowa. Droga wiodła nieoświetlonym poboczem, wzdłuż lasu.
W pewnym momencie ich wędrówki zaczęło się im wydawać, że ktoś jest w lesie. Obydwie przystanęły. Dźwięki ustały. Ewa, żeby uspokoić zarówno siebie, jak i Irenę, zaczęła przekonywać, że to na pewno jakaś sarna albo inne leśne zwierzę. Po drodze minął jeszcze ich jakiś rowerzysta. W końcu dotarły do domu Ewy. Irena ruszyła dalej sama. Do domu miała 800 metrów. Pięć minut później Ewa usłyszała głośne ujadanie swojego psa, co zdarzało się mu tylko wówczas, gdy ktoś przechodził obok ich posesji. Rodzice Ireny nie zdziwili się, że ich córka nie dotarła do domu na noc. Byli przekonani, że nocuje u swojej koleżanki w Gdańsku. Nazajutrz, w sobotę około godziny 7.30 jeden z mieszkańców Niestępowa wiózł do skupu mleko. Kiedy znalazł się na polnej drodze pomiędzy Niestępowem a Leźnem, koń w którego był zaprzęgnięty wóz, zaczął się niespokojnie zachowywać. Mieszkaniec Leźna szybko przekonał się dlaczego. Na łące zauważył ciało młodej kobiety.
Szybko powrócił do Niestępowa, by od sołtysa, który jako jedyny we wsi miał telefon, zadzwonić na milicję. Po drodze spotkał swojego sąsiada – Hinzę. Powiedział mu o swoim odkryciu i poprosił, by ten poczekał wraz z nim na milicję przy ciele dziewczyny. Zgodził się. Kiedy podszedł już do martwej kobiety, odkrył, że na łące leży jego córka – Irena. Leżała na plecach. Jej ciało, podobnie jak cała łąka, było pokryte szronem, na którym jeszcze bardziej w oczy rzucała się krew na głowie kobiety, gdyż ewidentnie ktoś uderzył ją czymś ciężkim w głowę. Jej ciało od pasa w dół było obnażone. Zanoszący się szlochem pan Hinz natychmiast okrył ją swoją kurtką, bo nie chciał by ktokolwiek widział jego córkę w takim stanie. Tym bardziej, że z minuty na minutę wokół niego gęstniał tłum mieszkańców. Wkrótce pojawili się też milicjanci z pobliskiego posterunku. Wezwali jednak milicjantów z komendy wojewódzkiej w Gdańsku.
Zabójca nie zostawił zbyt wiele śladów. Milicji udało się zabezpieczyć ślad buta, ale był to bardzo niewyraźny ślad. Na golfie Ireny odkryto włókna, które nie pochodziły z jej ubrań oraz dwa włosy, które nie należały do 20-latki. Najważniejszym dowodem zbrodni był jednak młotek, który znaleziono w pobliskiej rzece Radunia. Młotek był bardzo charakterystyczny, gdyż jego metalowa część była owinięta bandażem. Pod bandażem znajdował się znak Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Gdańsku. To miało doprowadzić śledczych do mordercy. Sprawdzono listę pracowników, ale wszyscy mieli alibi.
Paweł Tuchlin był pracownikiem zakładów, ale pracował tam dopiero od kilku tygodni i nie został jeszcze wpisany w rejestr pracowników. Tym sposobem śledczy nie dotarli do niego w listopadzie 1979 roku. Wytypowali innego zabójcę – mieszkańca pobliskiej wsi, który nie miał alibi od 6 do 8 listopada. Sam podkreślał, że nic nie pamięta z tego czasu, bo upił się. Rodzina z kolei zeznała, że nie było go w domu. Usłyszał zarzut zabójstwa. Trafił do aresztu, a Paweł Tuchlin mordował kolejne ofiary.
1 lutego 1980 w Gdańsku zabił 30-letnią Anastazję, 29 kwietnia w Skowarczu – 35-letnią Alicję M., 17 września w Czarnej Wodzie – 22-letnią Cecylię, 19 listopada w Malborku – 22-letnią Grażynę, 12 grudnia w Gdańsku – 30-letnią Wandę, 14 listopada 1981 roku w Gdańsku – 19-letnią Halinę, 8 grudnia 1982 roku w Skarszewach – 24-letnią Bożenę S. Ostatnią jego śmiertelną ofiarą była 19-letnia Jolanta zamordowana 6 maja 1983 roku w miejscowości Narkowy.
Poza zabójstwem dziewięciu kobiet, jedenaście miał ranić, wśród nich Ewę B., którą zaatakowała 9 marca 1983 roku w Głodowie (gm. Nowa Karczma). Kobieta nie umarła tylko dzięki błyskawicznej pomocy lekarskiej.
6 stycznia 1983 roku w komendzie wojewódzkiej milicji w Gdańsku powołano specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą pod kryptonimem „Skorpion”. W skład grupy weszło jedenastu najbardziej doświadczonych funkcjonariuszy z wydziałów kryminalnego i dochodzeniowo-śledczego.
Paweł Tuchlin został zatrzymany 31 maja 1983 roku w wieku 37 lat. Wbrew pozorom nie został zatrzymany pod zarzutem zabójstwa, a kradzieży drewna i parnika. Podczad przeszukania jego gospodarstwa w bagażniku jego samochodu znaleziono młotek, na którego trzonku znajdowała się krew ofiar.
Paweł Tuchlin przyznał się do zabójstw. Nie wyraził skruchy. Na pytanie funkcjonariuszy, co by zrobił, gdyby mógł wyjść na wolność, odparł „to bym zapolował”. Nie potrafił zapanować nad swoim popędem. Było to silniejsze od niego.
Wiele godzin przedtem drżałem z podniecenia. Byłem dziwnie niespokojny. Nie mogłem się skupić nad tym, co robiłem. Coś mnie ciągnęło, chodziło mi w środku, po piętach. Gdy się we mnie nazbierało, wyruszałem na wędrówkę po mieście, wyszukując kobiety – mówił podczas procesu.
Reklama
Wyrokiem z dnia 5 sierpnia 1985 roku Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Pawła Tuchlina za dziewięć zabójstw i jedenaście usiłowań popełnienia morderstwa na karę śmierci. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok poprzez powieszenie wykonano 25 maja 1987 roku w areszcie śledczym w Gdańsku.
Niektóre źródła wskazują, że po śmierci odcięto mu głowę i zanurzono w słoju z formaliną, który następnie gdzieś zaginął.
* zdjęcie: internet
* Tekst powstał na podstawie podcastu na kanale YouTube: Polska na Faktach. Historie nie tylko Kryminalne - [podcast kryminalny] odc.18: Paweł Tuchlin "Skorpion"
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze