„Łzy gorzkie biegły i zginęły w śniegu, lecz Bóg je wszystkie zbierze i policzy, za każdą odda ocean słodyczy” - te słowa przyświecały niedzielnej uroczystości w Lipuszu, gdzie w wyjątkowy sposób, w 75. rocznicę wyzwolenia obozu w Potulicach, uczczono pamięć więźniów - mieszkańców gmin Lipusz i Skwierawy. Podczas uroczystości odsłonięto tablice z nazwiskami więźniów, odznaczono żyjących więźniów i wspominano trudny czas pobytu w obozie.
Niedzielne uroczystości rozpoczęły się mszą świętą, po której jej uczestnicy przemaszerowali pod obelisk upamiętniający więźniów z obozu w Potulicach.
- 75 lat temu oswobodzony został nazistowski obóz w Potulicach. Cieszę, że jesteście dziś tu z nami. Wasza obecność jest świadectwem pamięci o mieszkańcach naszej małej Ojczyzny, którzy cierpieli i zginęli za Polskę. (...) Tu, gdzie się obecnie znajdujemy, jest nasze lipuskie miejsce pamięci. Właśnie w tym miejscu upamiętniliśmy pamięć naszych mieszkańców, więźniów nazistowskiego obozu w Potulicach. Więźniami tego obozu było ponad 500 mieszkańców gminy Lipusz, 24 pozostało w nim na zawsze. Niemiecki okupant uwięził w obozie niewinną ludność cywilną, osoby starsze, a także matki z małymi dziećmi - mówił wójt gminy Lipusz Mirosław Ebertowski.
- W 2009 roku stanął tu krzyż i pomnik upamiętniający ofiary tegoż obozu. Powstał on dzięki inicjatywie ks. Prałata Jana Ostrowskiego. Znajduje się tu urna z ziemią z Potulic, na której nasi mieszkańcy cierpieli, a dzisiaj odsłonięte zostały tablice z nazwiskami osób, które z terenu gminy Lipusz i Skwieraw zostały wywiezione do obozu w Potulicach. inicjatywa ta wyszła od mieszkańca Grzegorza Knopika, syna więźnia obozu pana Leona Knopika - kontynuował.
Po odsłonięciu tablic upamiętniających więźniów obozu w Potulicach i złożeniu pod pomnikiem wiązanek kwiatów przez delegacje, uczestnicy uroczystości przemaszerowali na salę Zespołu Szkół w Lipuszu. Tam miał miejsce program artystyczny. Odznaczono też Medalami Stulecia Niepodległości 31 mieszkańców gminy Lipusz - więźniów obozu w Potulicach.
Był to też czas do wspomnień.
Przeszłość jest obecna w teraźniejszości. To, co minęło wyznacza kształt bieżącej chwili
- Obozowa, bolesna przeszłość obecna jest dzisiaj w życiu byłych więźniów Potulic. Mój pierwotny zamiar, który zrodził się dwa lata temu miał być próbą ocalenia pamięci o mieszkańcach Lipusza osadzonych w potulickim obozie. Prędko jednak wykroczył poza archiwalne poszukiwania i stał się podróżą w głąb pamięci o indywidualnych jednostkach i wspólnoty. Tak duchowa wyprawa była spotkaniem z bezmiarem bólu, krzywdy i bezradności, jakiej doświadczali więźniowie w Potulicach. Słuchałem opowieści o dziewięcioletniej wówczas dziewczynce, która przez kilka dni bezradnie trzymała na rękach umierającego siedmiomiesięcznego braciszka - mówił Grzegorz Knopik.
- Ciągle słyszę historię innego dziecka - które bezsilnie patrzyło na agonię rocznej siostrzyczki. Przypominam też sobie wspomnienia mojej rodziny, kiedy pradziadek odbierał sprzed bramy obozu zwalniane swe wnuki. On żołnierz z okupów wielkiej wojny, głośno płakał, widząc wycieńczone i schorowane dzieci. Jedno z nich zmarło w dwa tygodnie po uwolnieniu. Dzisiaj tamten chłopiec byłby moim stryjem. Tych przeżyć więźniowie nigdy nie zapomną.... - podkreślał.
Dzisiaj mamy świadomość, że z obozu wychodzi się tylko pozornie. Można opuścić Potulice, ale one i tak tkwią wrośnięte w człowieku i zostają na całe życie
Reklama
- Nasze lokalne doświadczenia są też częścią uniwersalnej historii. Masowe wywózki do obozów dotknęły bowiem naszych braci Kaszubów nie tylko z powiatu kościerskiego, ale też puckiego, wejherowskiego, kartuskiego i chojnickiego. W jednym z raportów z 1944 roku czytamy: "Akcje wysiedleńcze na Pomorzu przybrały na sile. Na przestrzeni od Brus do Kościerzyny wysiedlono ze wszystkich wiosek niemal całą ludność". Trzeba pamiętać, że masowe wysiedlenia i osadzanie w Potulicach były jednym z etapów niemieckiej polityki całkowitej depolonizacji pomorskich ziem. A pierwszą bestialską pomorską realizacją tych planów była zbrodnia pomorska w 1939 roku - podsumował Grzegorz Knopik.
Wzbraniałem się przed izbą chorych, bo stamtąd była już tylko jedna droga... na cmentarz
Reklama
- Urodziłem się 23 sierpnia 1940 roku. Pochodzę z ośmioosobowej rodziny, która mieszkała w Tuszkowach. Zabrali nas 23 sierpnia, w moje czwarte urodziny, w nocy. Z rodzeństwa zabrali nas czterech - dwie siostry i dwóch braci. Mama była chora. Zabrali ją od razu na izbę chorych. Tam po dwóch tygodniach zmarła. Było to straszne przeżycie. Byłem w obozie miesiąc. Miałem cztery lata. Może bardziej pamiętam to, co działo się w obozie z opowiadań innych, ale sama myśl, że o tym, że było się w tym obozie jest przerażająca. Moja najstarsza siostra opowiadała, że miałem taką wprawę, że podczas posiłku, gdy u kogoś w talerzu widziałem ziemniaczka, to szybko go zjadałem. Dzieci w wieku do 10 lat można było zabrać z obozu. Gdyby nie moja ciocia, umarłbym w obozie. Byłem już tak chory, że jak była kontrola w jednym baraku, to przenosili mnie do drugiego. Nie chciano mnie puścić na izbę chorych, bo stamtąd była już tylko jedna droga... na cmentarz. Gdyby nie ciocia, podzieliłbym los mamy - opowiada Ludwik Stanisławski.
- Jak tylko mogę, zawsze tu wracam. Tak samo co roku uczestniczę na spotkaniach w Potulicach. Na cmentarzu odbywa się msza, po której procesyjnie przechodzimy pod bramę obozu. Zawsze bardzo przeżywam powrót do Potulic. Patrząc na grób matki emocje i wspomnienia biorą górę - podsumowuje pan Ludwik.
Łzy gorzkie biegły i zginęły w śniegu,
Lecz Bóg je wszystkie zbierze i policzy...
Za każdą odda ocean słodyczy..
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
pamięć o tych czasach i więżniach Potulic musi trwać ,ale jakoś tak nie zauważa się że np. z Lipusza byli tacy co trafili do Stuthoffu jako skazani przez sąd w Berlinie "siedzieli" na Kurkowej w więzieniu gestapowskim czy też prosto z drogi byli porywani i wywożeni przez oczywiście już sołdatów na Sybir. To były jeszcze straszniejsze miejsca.
W latach 1945 - 1950 w Potulicach był obóz dla Niemców, i tak jak poprzednio zamykano w nim Polaków, tak później to Polacy wsadzali do tego obozu dzieci, kobiety, starców i Polaków którzy podpisali tzw. volkslistę. Role się odwróciły, ale w obu przypadkach ofiary cierpiały tak samo.
Tym co niektórym oficjelom słoma z butów wychodzi ,czape ze łba to chłop zdejmuje w takich sytuacjach,mrozu nie było!
Pan Knopik niech napisze prawdę,bo tu żyją ludzie którzy wozili chleb do Potulic .Frekwencja na obchodach święta w Lipuszu pokazała co myśli,bo ludzi nie było za dużo.
Dzień dobry,
spodziewam się, że pan Knopik, jako przypuszczalnie rodowity mieszkaniec, doskonale orientuje się nie tylko w zakresie, ale i rodzaju pomocy udzielanej przez niewysiedlonych do obozu tym rodzinom, które zostały uwięzione. W każdej gminie pomoc była naprawdę ogromna i ratowała ludzkie życie. Pewnie też może podać niemało nazwisk pomagających..
Po pierwsze, to chyba nie było tematem jednak pracy, a po drugie, ujawnianie listy osób pomagających rodzić może inne jeszcze problemy, których geneza sięga lat wojny, a tego nadal nie każdy sobie życzy. Nie tylko u nas, ale pewnie i w Lipuszu. Mądry mnie zrozumie, a reszta niech trwa w nieświadomości.
Ale jesteś mądry,bez komentarza
pamięć o tych czasach i więżniach Potulic musi trwać ,ale jakoś tak nie zauważa się że np. z Lipusza byli tacy co trafili do Stuthoffu jako skazani przez sąd w Berlinie "siedzieli" na Kurkowej w więzieniu gestapowskim czy też prosto z drogi byli porywani i wywożeni przez oczywiście już sołdatów na Sybir. To były jeszcze straszniejsze miejsca.
W latach 1945 - 1950 w Potulicach był obóz dla Niemców, i tak jak poprzednio zamykano w nim Polaków, tak później to Polacy wsadzali do tego obozu dzieci, kobiety, starców i Polaków którzy podpisali tzw. volkslistę. Role się odwróciły, ale w obu przypadkach ofiary cierpiały tak samo.
Tym co niektórym oficjelom słoma z butów wychodzi ,czape ze łba to chłop zdejmuje w takich sytuacjach,mrozu nie było!