We Wdzydzach pomorscy chirurdzy spotkali się z prof. Andrzejem Budzyńskim, ordynatorem oddziału chirurgii ogólnej i onkologicznej Szpitala Specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera w Krakowie. W rozmowie z naszą redakcją prof. Budzyński mówi o tym, dlaczego coraz mniej lekarzy wybiera specjalizację chirurgii, jakimi cechami powinien charakteryzować się dobry chirurg i dlaczego warto wykonywać tę profesję.
Panie profesorze, tytuł pana wykładu jest dość przewrotny, bo zaczyna się od słów „A miało być tak pięknie… Czy to oznacza, że wykonywanie tej profesji nie jest satysfakcjonujące?
Celowo podczas wykładu przypomniałem początki swojej kariery, kiedy ten zwód był postrzegany jako pożądany, nobilitujący, można było być dumnym z faktu bycia chirurgiem i przede wszystkim chciało się nim być. Wówczas ciężko było dostać etat, zacząć specjalizację. Teraz funkcjonujemy w rzeczywistości, gdzie na 1200 miejsc specjalizujących w chirurgii, ponad 1/3 stoi pustych, bo nie ma chętnych. Środowisko chirurgiczne nam się starzeje, bo średnia wieku wynosi około 60 lat, czynnych zawodowo chirurgów jest za mało. Mimo wszystko, warto być chirurgiem.
Jakie są główne powody sytuacji, o której Pan mówi?
Praca jest bardzo ciężka. Bo jeżeli chcemy uprawiać chirurgię na wysokim poziomie, to musimy się liczyć z tym, że ciężko nam będzie zaplanować popołudnie, weekend. To chirurgia ustawi nam rzeczywistość w zupełnie inny sposób, aniżeli sami byśmy tego chcieli. Poza tym, chirurgia z punktu widzenia dyrektorów szpitali niestety nie jest atrakcyjna, bo jest kosztochłonna, a nie dochodowa. Większość szpitali postrzega ją więc jako coś, co jest pod kreską finansową. Dlatego jest ona niedoinwestowana. Procedury są źle wycenione przez NFZ i nie da się zarobić na chirurgii. Kolejnym powodem takiego zjawiska jest to, że w typowej chirurgii ogólnej, młodzi ludzie bardzo późno zyskują samodzielność zawodową, która pozwala im się sprawdzić, i co tu dużo mówić, zarobić. Teraz świat by chciał robić działalność z jednej strony satysfakcjonującą, ale przynoszącą duży dochód. Zdecydowanie bardziej popularne są tzw. drobne dziedziny zabiegowe – urologia, laryngologia czy ortopedia. Są to dziedziny, w których młody człowiek w miarę szybko zyska samodzielność i może dorabiać np. w jakiejś klinice. Jako chirurdzy ogólni jesteśmy postrzegani jako grupa zawodowa, której powodzi się nieźle, zarabiamy nieźle, ale to wszystko odbywa się kosztem tego, że mamy miejsce pracy państwowe, w którym pracujemy na co dzień, i drugie , trzecie, czwarte, piąte, w którym zarabiamy pieniądze dodatkowo. I ten młody człowiek w przypadku chirurgii, do tego drugiego miejsca pracy nie ma możliwości szybkiego dojścia. I ludzie nie do końca tego chcą. Nie chcą mieć nieprzespanych nocy, ciężkich dyżurów, przyjazdów w nocy, weekendy itp. I z tego punktu widzenia, ta chirurgia wydaje się mało atrakcyjna.
Co więc musi być atrakcyjnego w chirurgii, co mogłoby przyciągnąć młodych ludzi do tej właśnie specjalizacji?
Wydaje się, że w chirurgii trzeba się zakochać, podobnie jak w całej medycynie. Atrakcyjność chirurgii i wszystkich dziedzin zabiegowych sprowadza się do bardzo krótkiego przełożenia własnych umiejętności, treningu, szkolenia na efekt końcowy. W przypadku dziedzin zachowawczych polegamy na rekomendacjach, że zastosowanie danego leku doprowadzi do dobrego efektu. W przypadku chirurgii efekt terapeutyczny jest szybszy, a co za tym idzie szybciej możemy się nim cieszyć lub zmartwić. Bardzo magiczną rzeczą jest ta zależność efektu, czyli wyleczenia, od tego, co potrafimy, umiemy, konkretnie od pracy własnych rąk. I to jest ta magia. Kolejną magią jest to, w jak strasznie cennym i delikatnym materiale się poruszamy. Ludzie muszą przełamać olbrzymią ilość barier, by pozwolić komuś wejść do swojego brzucha, klatki piersiowej i pozwolić coś nam zrobić. Muszą pokładać w nas olbrzymią wiarę, jeśli mamy świadomość, jakie to jest trudne, delikatne i kruche. Nie mówię teraz o tkankach, ale o decyzjach przełamujących wspomniane bariery.
Pan profesor mówi o przełamywaniu barier, ale nie wszyscy lekarze posiadają umiejętność budowania relacji, a co za tym idzie, przekonania potencjalnego pacjenta, by ten zaufał chirurgom i wyraził zgodę na operację…
Przed laty kiedy zajmowałem się dydaktyką dla studentów, bardzo często przysiadałem się do nich i brałem ich za rękę, pytając, jak się czujesz? Najczęściej padała odpowiedź – niekomfortowo. To zrozumiała reakcja, bo ktoś obcy wziął cię za rękę, a to nie było przecież tradycyjne przywitanie. I wówczas mówiłem studentom, że muszą sobie wyobrazić sytuację, gdy osoba, którą widzą po raz pierwszy w życiu, będzie musiała spuścić spodnie, pozwolić włożyć palec do pupy, czy do pochwy, zbadać to i tamto. A to jest dopiero wstęp. Bo będąc chirurgiem musimy uzyskać pozwolenie na wejście do brzucha, wzięcia do ręki nerki, wątroby, śledziony. Uświadamiałem studentów, jak ważne jest zbudowanie relacji z chorym. To jest niezwykle istotna sprawa w kształceniu studentów, przyszłych chirurgów, żeby umieć zapewnić chorego, że to wszystko będzie się działo z poszanowaniem elementów psychologii, godności itp. Chory w swoim zaufaniu oddaje nam swój wyrostek, żołądek, jelito. Strach przed chorobą zmusza go do poddania się czemuś bardzo niekomfortowemu. Te rzeczy powinny wymuszać na chirurgu poczucie obowiązku bycia absolutnie najlepszym, perfekcyjnym i ciągłego samodoskonalenia się. Mamy tę relację budować tak, aby zaufania chorego nie zawieść.
Panie profesorze mówił pan dużo o ciągłym doskonaleniu, perfekcji w tym zawodzie, czy to oznacza, że chirurg, podobnie jak saper, myli się tylko raz?
Niestety, mamy swoje pomyłki. Cudowną rzeczą w chirurgii jest to, że ona uczy pokory. Nie ma takiego chirurga, który nie zetknąłby się z sytuacjami trudnymi, powikłaniami i niepowodzeniami. My musimy umieć sobie z takimi sytuacjami poradzić. Na szczęście te sytuacje, po sapersku powiem, zdarzają się niezwykle rzadko. Wchodzimy na te „miny”, ale potrafimy sobie z nimi poradzić. Powikłania się zdarzają i trzeba nauczyć się tego, jak należy je rozwiązać, podejmując odpowiednio wcześnie decyzje. A wszystko po to, by zarówno my, jak i chorzy, wyszli z takich sytuacji obronną ręką.
Nie wszystkie jednak operacje kończą się szczęśliwie. Co wówczas czuje chirurg, bo panuje przekonanie, że brakuje waszemu środowisku empatii?
W takich sytuacjach wszyscy płacimy wysoką cenę, zarówno my, jak i chorzy. Jeśli stracimy chorego, to pozostajemy z potężnym pytaniem – czy mogłem to zrobić inaczej, lepiej? Czy gdybym odesłał pacjenta do bardziej doświadczonego kolegi, więcej się szkolił, to sytuacja zakończyłaby się inaczej? To się strasznie przeżywa. To jest bardzo ciężkie i dużo kosztuje. Chirurdzy są postrzegani jako zarozumiali, ale to jest efekt uboczny ciągłego treningu chirurgicznego. Czasami chirurg spotyka się z wyjątkowymi przypadkami, o których nie słyszeli koledzy, internet też takowych nie zna i wtedy musi podjąć jakąś decyzję. Musi mieć przeświadczenie, że to jest najlepsza decyzja z możliwych. Poprzez swoje doświadczenie, chirurdzy nabierają świętego przekonania, że mają rację. Niestety, część z nas charakteryzuje się tzw. manierą chirurgiczną. Polega to na tym, że uważamy się za świetnych specjalistów, czym przekonujemy pacjentów do tego, by nam zaufali. Ale tę manierę czasami przenosimy na życie codzienne i dlatego część społeczeństwa uważa nas za zarozumiałych bufonów, bezrefleksyjnie podchodzących do tego, co robią. Ale proszę mi wierzyć, to jest nieprawda. Ja często spotykam się z ludźmi, którym coś poszło nie tak. Oni to nieprawdopodobnie przeżywają i nie chodzi wcale o sytuacje, które wiążą się z sankcjami karnymi. To są sytuacje, w których chirurdzy mają świadomość, że pacjent, którego stracili, był czyimś mężem, ojcem, synem. I wtedy pojawiają się te wątpliwości i pytanie – czy mogłem to zrobić lepiej. I towarzyszą one przez bardzo długi czas.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Maciej Wajer
Prof. Andrzej Budzyński. Pracuje w Szpitalu Specjalistycznym im. Ludwika Rydygiera w Krakowie. Specjalizuje się w operacjach jamy brzusznej zwłaszcza przy użyciu technik laparoskopowych oraz endoskopowych. W kręgu zainteresowań zawodowych prof. Andrzeja Budzyńskiego szczególne miejsce zajmuje chirurgia nowotworów przewodu pokarmowego, żołądka, jelita, trzustki, chirurgiczne leczenie otyłości olbrzymiej i zespołu metabolicznego oraz chirurgia endokrynologiczna, zwłaszcza nadnerczy i trzustki.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Generalnie 90 proc. lekarzy i 98 proc. farmaceutów, to zarozumiałe bufony. Już samo to, że tenże profesor mówi o swojej pracy jako o karierze, już stawia go w gronie zarozumialców. Np. kontroler lotów, pilot samolotu, kapitan statku, kierowca autobusu, maszynista pociągu mknącego 300 km/h, ratownik górniczy czy górski, nie robi kariery mimo, że od ich pracy zależy życie setek, tysięcy ludzi, ale lekarz nie pracuje jak każdy człowiek tylko robi karierę. Śmiechu warte. Żałosne i śmieszne jest to zwłaszcza w obliczu tego, że współczesna medycyna nie leczy ludzi, tylko wypełnia procedury narzucone przez koncerny farmaceutyczne. Współczesny lekarz niewiele potrafi w kwestii profilaktyki zdrowotnej, nie ma pojęcia jak leczyć zachowawczo choroby, nie ma wiedzy jak uchronić się skutecznie przed chorobami i kompletnie nie ma pojęcia o tym, że wiele chorób można wyleczyć ( a nie "leczyć" latami) środkami innymi niż farmakologiczne. Ale mniemają mają o sobie, jakby wszystkie rozumy zjedli. Ciekawe czy oni wiedzą, jakim pośmiewiskiem są wśród milionów pacjentów? A ci z lekarzy którzy maja odwagę przeciwstawić się temu terrorowi bezdusznych procedur, stają przed sądem lekarskim i są oskarżani przez ignorantów w kitlach poprawnych politycznie. Tak jak np. wybitny profesor medycyny z Gdańska Andrzej Frydrychowski, dr Hubert Czerniak, dr Anna Martynowska i dziesiątki innych których pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Prawdą jest, że operacje chirurgiczne są często niezbędne i bez chirurgów, kardiochirurgów, neurochiururgów, mnóstwo osób już by nie żyło. Jednak reszta tych lekarzy nie ma pojęcia jak uchronić ludzi przed koniecznością operacji. A można to zrobić, tylko że koncerny farmaceutyczne kompletnie nie są zainteresowane naszym zdrowiem.
Generalnie 90 proc. lekarzy i 98 proc. farmaceutów, to zarozumiałe bufony. Już samo to, że tenże profesor mówi o swojej pracy jako o karierze, już stawia go w gronie zarozumialców. Np. kontroler lotów, pilot samolotu, kapitan statku, kierowca autobusu, maszynista pociągu mknącego 300 km/h, ratownik górniczy czy górski, nie robi kariery mimo, że od ich pracy zależy życie setek, tysięcy ludzi, ale lekarz nie pracuje jak każdy człowiek tylko robi karierę. Śmiechu warte. Żałosne i śmieszne jest to zwłaszcza w obliczu tego, że współczesna medycyna nie leczy ludzi, tylko wypełnia procedury narzucone przez koncerny farmaceutyczne. Współczesny lekarz niewiele potrafi w kwestii profilaktyki zdrowotnej, nie ma pojęcia jak leczyć zachowawczo choroby, nie ma wiedzy jak uchronić się skutecznie przed chorobami i kompletnie nie ma pojęcia o tym, że wiele chorób można wyleczyć ( a nie "leczyć" latami) środkami innymi niż farmakologiczne. Ale mniemają mają o sobie, jakby wszystkie rozumy zjedli. Ciekawe czy oni wiedzą, jakim pośmiewiskiem są wśród milionów pacjentów? A ci z lekarzy którzy maja odwagę przeciwstawić się temu terrorowi bezdusznych procedur, stają przed sądem lekarskim i są oskarżani przez ignorantów w kitlach poprawnych politycznie. Tak jak np. wybitny profesor medycyny z Gdańska Andrzej Frydrychowski, dr Hubert Czerniak, dr Anna Martynowska i dziesiątki innych których pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Prawdą jest, że operacje chirurgiczne są często niezbędne i bez chirurgów, kardiochirurgów, neurochiururgów, mnóstwo osób już by nie żyło. Jednak reszta tych lekarzy nie ma pojęcia jak uchronić ludzi przed koniecznością operacji. A można to zrobić, tylko że koncerny farmaceutyczne kompletnie nie są zainteresowane naszym zdrowiem.